Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
~ Nie trzeba odwagi, by podążać za tłumem, ale po to, by nawet wtedy pozostać sobą ~ ostatni rok życia Regulusa Blacka
Menu
Historia
Strona Główna || ~ Odautorski monolog ~ || Jeśli lubisz
Goście
7643 || 5 skrobnęło parę słów
Sznurki
dark-side-of-life.blog4u.pl the-job-or-the-mission.blog4u.pl lost-time-of-hogwarts.blog4u.pl the-lost-chapters-of-marauders.blog4u.pl parodia-hp.blog4u.pl statek.blog4u.pl hogwart-na-opak.blog4u.pl
Info
W Firefoksie szablon wygląda jak trzeba. Niestety nie jestem na tyle mądra, żeby dostosować go do Explodera, który z sobie tylko znanych przyczyn ucina dół.

Wykonano li i wyłącznie na potrzeby tego bloga. Grafika częściowo pochodzi stąd, stąd, stąd i stąd, w pozostałej części wykonana i poskładana w Photoshopie. Prawa zastrzegają sobie Blog4u i ja.
Pytania?
VIII ~ Prawie jak zemsta
Eee... Wróciłam? ^^"

***

Na siódmym piętrze rozległ się cichy odgłos kroków. Trzy osoby weszły na korytarz z jednej strony, trzy inne z drugiej. Wszystkie wpatrywały się w jeden punkt na ścianie gdzieś pośrodku korytarza. Tam, skąd wedle wiarygodnych informacji za kilka minut miały pojawić się drzwi.
– Jak tam? – szepnął do kolegi ciemnowłosy chłopak. – Jak nastrój przed pierwszą akcją z…
Nie dokończył. Nie było takiej potrzeby. Rabastan dotknął bezwiednie palcami prawej ręki lewego przedramienia i zamrugał; jego zielone oczy błyszczały w świetle nielicznych pochodni rzucających żółtawy poblask na kamienne ściany korytarza.
– Trochę… Trochę dziwnie, wiesz? – wykrztusił.
Sam nie wiedział, czemu tak się czuł. W końcu marzył o Mrocznym Znaku od tak dawna… Z podziwem i zazdrością patrzył na rękę Rudolfa, gdy tamten wrócił ze swojego… testu. Teraz to brat był z niego dumny. Mały Rabastan, oczko w głowie rodziny, idący dalej jej drogami, pierwszy spośród kolegów z klasy dołączył do Czarnego Pana…
Wzdrygnął się wyrwany z zamyślenia, gdy odgłos otwierania drzwi przebrzmiał w cichym korytarzu.
– Trochę ich dużo… – mruknął Regulus do jego karku, obserwując spod zmrużonych powiek tych, którzy zakończyli właśnie spotkanie w Pokoju Życzeń.
– Sądząc po tym, co wy dwaj narobiliście w Edynburgu, nie uważam, żeby wam to specjalnie przeszkadzało – odparł równie cicho Severus, opierający się plecami o ścianę. Różdżka obracała się pomiędzy jego palcami, gdy wpatrywał się w jej koniec.
– No, Glizdogonie, dziękujemy ci, wywiązałeś się jak trzeba – wyszeptał Lestrange. – Teraz nasza kolej.
Wychylił się zza zakrętu korytarza jedynie na tyle, żeby móc dobrze wycelować, i posłał promień fioletowego światła prosto w pierś Gideona Prewetta, który opuścił Pokój jako pierwszy. Szczupły, niezbyt wysoki Krukon wrzasnął i osunął się na ziemię, alarmując tym samym pozostałych. Drobna szatynka, w której Ślizgon rozpoznał Marlenę McKinnon, doskoczyła do starszego kolegi i spanikowana uklęknęła koło niego. Była sama; pozostali przepychali się szybko na korytarz i rozglądali, wyciągając dopiero co schowane różdżki. Rabastan zmrużył oczy i uśmiechnął się paskudnie. To właśnie było to, uczucie, które towarzyszyło mu w Edynburgu i Liverpoolu, dla którego tak pragnął Mrocznego Znaku. Wiedział, że najdalej za tydzień młody Prewett odzyska przytomność, a może i nawet wcześniej. Ale to on, Lestrange, powalił go na ziemię, on był górą. Wyprostował się i wyskoczył zza ściany, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Jej koniec nie drżał ani trochę.
Zanim grupa pośrodku zdążyła zareagować, po obu stronach miał już Rega i Severusa, a na drugim końcu korytarza błysnęły trzy różnokolorowe promienie. Ktoś krzyknął, wyleciawszy w powietrze, i skutecznie rozproszył uwagę większości swoich kolegów, na których wpadł. Ktoś inny zdążył rzucić Zaklęcie Tarczy, odbijając urok prosto w pochodnię.
Eksplozja płonących resztek zadziałała na zaatakowanych jak gong. W stronę obydwu końców korytarza pomknęło kilkanaście różnych zaklęć; Regulus uchylił się zwinnie i odpowiedział Jamesowi pomarańczowym światłem. Gryfon odskoczył w ostatniej chwili, jednak urok trafił stojącego tuż za nim młodego Delaneya. Puchon, nieprzygotowany, jęknął i złapał się za twarz, którą pokryły paskudne plamy po magicznym oparzeniu. Black prychnął cicho. Chociaż ich było nieporównanie mniej, mieli tę wielką przewagę, że nie stali jeden na drugim.
Rabastan wyłowił wzrokiem jasnowłosego prefekta Hufflepuffu i mimowolnie się wzdrygnął. Chłopak, ciężko doświadczony przez życie, a ostatnimi czasy pozbawiony ojca, zdawał się nie potrzebować klątwy, żeby zabić. W jego wzroku widać było tak wielką żądzę mordu, że Lestrange niemal skinął głową z uznaniem. Widok tych, którzy już byli tacy jak ci, co odesłali pana Reevesa z tego świata, z pewnością nie uszczęśliwiał Stevena. Zgadnij, kto to był, pomyślał z niepohamowaną, mściwą satysfakcją. No, proszę. Nawet, gdybyś był mądrzejszy, ty rozczochrany, żałosny Puchonie, i tak nigdy byś nie przypuścił, że ta osoba stoi trzydzieści stóp od ciebie i właśnie w ciebie celuje…
Ale Steve sobie tylko znanym sposobem odbił klątwę prosto w brzuch Ślizgona tak szybko, że szóstoklasista nie zdążyłby jej uniknąć, gdyby miał choć trochę gorszy refleks. Teraz sprowadził sobie na kark również niewysoką blondynkę z wielkimi niebieskimi kółkami w uszach i złoto-czerwonym krawatem opadającym niedbale na pierś. Rabastan skrzywił się. U Delaneyów niski wzrost, wrodzony upiorny charakter i perfekcja w uprzykrzaniu porządnym ludziom życia były chyba rodzinne. Dwie klątwy jednocześnie pomknęły w jego stronę; zatoczył się i zdążył odbić jedną z nich magiczną tarczą. Zaraz potem przywarł do ziemi, gdy pęd kolejnego zaklęcia rozwiał mu włosy, i wycelował w dziewczynę. Był szybki. Za szybki dla niej. Jej ukochany również się spóźnił tym razem. Inni się nie liczyli. Był wkurzający prefekt o morderczych skłonnościach, był Ślizgon, który miał ukrytego w rękawie nie byle jakiego asa, i była Delaney, ugodzona klątwą. Wrzasnęła boleśnie i upadła na kolana, Puchon również wrzasnął, choć z innego powodu, i wycelował w Lestrange’a, który dopiero co zdążył się podnieść. Był szybki. Nawet bardzo. Ale Reeves również był szybki. I tym razem to on okazał się szybszy. Rabastan dostrzegł tylko jasny, bardzo jasny błysk. Upadł na buty Regulusa, mając plamy przed oczami, zdolny jedynie zacisnąć zęby, by nie jęczeć.

Młodszy Black pobladł. Peter miał rację; wytrącony z psychicznej równowagi po utracie ojca prefekt był zdolny do wszystkiego. Walcząc jednocześnie z trzema osobami, nie miał czasu, by zająć się półprzytomnym przyjacielem. Odpowiedział jakimś urokiem na żółty promień kogoś, kto miał problemy z celnością, i zmrużył oczy. Odskoczył pod przeciwległą ścianę korytarza, stając obok Snape’a, i zaatakował pałkarza Gryfonów. Wysoki i dziwnie chudy jak na swoją funkcję Kevin kwiknął, odrzucił różdżkę i złapał się za przednie zęby, które zaczęły rosnąć jak u bobra. Peter miał rację. Kompletna tragedia.
Nagle jak w zwolnionym tempie dostrzegł okazję… Steven uniósł rękę z różdżką i patrząc z paskudnym uśmiechem na Rabastana odgarnął z twarzy jasną grzywę…
Po czym odwrócił się, chcąc ogarnąć szybkim spojrzeniem sytuację na korytarzu. Było ich sześciu, teraz w zasadzie pięciu, ale tamci byli ściśnięci i otoczeni z obydwu stron, poziom najlepszych z nich był porównywalny do ich własnego. Dostrzegł Pottera i Dearborna atakujących równocześnie Severusa i skierował się w tamtą stronę, by pomóc starszemu koledze, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Syriusza.
Była to jedna z tych chwil, które zdają się trwać dłużej niż w rzeczywistości. Dwaj bracia, jedna krew. I przepaść pomiędzy nimi. Gryffindor, Slytherin i mierzące się stalowe z granatowym spojrzenia. Syriusz wyprostował się, nawet nie próbując kryć pogardy. Żaden z nich ani myślał poddać tej milczącej zimnej wojny.
Dopiero błysk błękitnego światła zmusił młodszego z braci do gwałtownego uniku. Natychmiast zorientował się, kto. Delaney z rozkoszą wykończyłaby ich własnoręcznie, zupełnie jak ten jej prefekt. Czy wszyscy Irlandczycy są tacy nieznośni, przemknęło mu przez myśl. Ramię w ramię z Dearbornem i Emmeliną Vance stała na wprost niego, Snape’a i unieszkodliwionego, choć wciąż przytomnego Rabastana.

Severus nie patrzył na młodszego kolegę. Większość z tamtych zajęta była po drugiej stronie – w każdym razie ta większość, której Rosier nie wypalił w plecy albo Avery patrząc prosto w oczy. Słabeusze leżeli już pod ścianą mniej lub bardziej uszkodzeni, pozostawiając tych najlepszych. Piątoklasiści nie mieli szans, jak i połowa tych z szóstego roku. Skoro tacy jak oni garną się do walki z Czarnym Panem, to dokona się ostra selekcja, pomyślał z pogardą, zwalając z nóg Bonesa. Dzięki Glizdogonowi mieli ułatwione zadanie.
Glizdogon… Snape odnalazł go wzrokiem. Przyciśnięty do ściany za plecami Diggle’a, rozglądał się ze strachem w oczach, a gdy urok Krukona dosięgnął Wilkesa, Pettigrew zaatakował go od tyłu. Jeden z najszybszych członków Zakonu Feniksa osunął się cicho pomiędzy nogi swoich kolegów, niezauważony nawet przez opiekuńczą Marlenę, zdjęty ze sceny przez kogoś, kogo miał – jak oni wszyscy – za sojusznika. Jakby przerażony tym, co zrobił, pokazawszy, po czyjej naprawdę jest stronie, Gryfon zniknął z zasięgu wzroku.
Snape obserwował to kątem oka, bez żadnych emocji na twarzy. Gdzieś głęboko w środku czuł do niego i jemu podobnych pogardę, obrzydzenie, ale nie były mu obecnie do niczego przydatne, więc zepchnął je w głębsze zakamarki umysłu i skupił się na bieżących wydarzeniach. Beznamiętnie zarejestrował kolejny urok, który Rosier posłał komuś w plecy, krótką wymianę zaklęć pomiędzy Blackami, na zimno odparował atak Dearborna. Cały czas nie tracił z oczu Bena Fenwicka; choć miał na sobie szatę Hufflepuffu, zapewne dla jakiejś dziwnie pojętej ochrony, twarz miał nadal tę samą, którą przez ostatnie sześć lat on, Snape, i Avery widzieli codziennie oprócz wakacji. Widział jednak w niej wyraźnie ten lekki, charakterystyczny grymas, żałosny strach przed tymi, od których uciekł.
Jego awersję mógłby dostrzec jedynie ktoś, kto zdołałby spojrzeć mu w oczy. Z zimnym wyczuciem momentu posłał nieszkodliwe zaklęcie pod nogi kolegi z klasy. Wiedział, że Fenwick cofnie się i wpadnie prosto w zasięg Evana. Wiedział sekundę wcześniej, że podstępny szóstoklasista z krzywym uśmiechem zdejmie go urokiem prosto w plecy. Dokładnie tak, jak na to zasługiwali zdrajcy swojej ideologii.

Avery prychnął. Dostrzegł, o co chodziło Severusowi. Dobrze ci tak, pomyślał z mściwą satysfakcją. Wycelował w jęczącego cicho, powalonego Benjamina i potraktował go tą samą klątwą, co uprzednio Rabastan Prewetta. Miłej bolesnej pobudki za kilka dni.
Nie był tak dobry, jak pozostali. Do tej pory nie udało mu się wyćwiczyć takiego refleksu, jakim mogli pochwalić się Lestrange czy Black. Nie miał czego zazdrościć, tak jak reszta wiedział, że Rabastan zasłużenie został odznaczony. Starał się jednak i gratulował sobie w duchu, że nie użala się nad sobą tak haniebnie jak Martin i nie daje tak łatwo za wygraną.

Sprowadzony na posadzkę śmierciożerca zdołał się w końcu pozbierać na tyle, by podnieść się na łokciu i nie paść od razu. Cały czas zaciskając zęby spróbował się rozeznać w sytuacji, ale poddał się pulsującemu bólowi w skroniach i z powrotem zamknął oczy. Miał trochę szczęścia, iż był zdjęty ze sceny na tyle długo, że nikt nie zwracał już na niego uwagi. Miał zamiar zebrać się w sobie i na nowo włączyć się w akcję, jednak nie zdołał przekonać do tego organizmu. Upewnił się tylko jeszcze raz, czy wszyscy są zajęci czymś innym, i podczołgał się kawałek do schodów, chcąc podciągnąć się do pionu przy pomocy barierki.
Był zawiedziony i wściekły na siebie. Nie tak wyobrażał sobie swój pierwszy pojedynek jako śmierciożercy. Albo inaczej: właśnie tak to sobie wyobrażał – do momentu wyeliminowania z dalszej rozgrywki przez psychicznego prefekta. Nie potrafił wyzbyć się satysfakcji z faktu, że to właśnie on walnie przyczynił się do jego maniakalnej żądzy zemsty i straceńczej wręcz desperacji. Z drugiej strony nie mógł nie doceniać go jako groźnego przeciwnika, a po tym, czego doświadczył i co widział przez te ułamki sekund, kiedy patrzył mu prosto w oczy, wolał w obecnym stanie nie zastanawiać się nad walką, jaka rozegrałaby się pomiędzy nimi, gdyby Irlandczyk dowiedział się prawdy o zabójstwie ojca. Przywołał do pamięci obraz tuż sprzed momentu, kiedy dosięgła go klątwa, której nie był w stanie uniknąć. Na krótką chwilę przed tym, jak widok przesłoniły mu plamy w technikolorze, widział w jego oczach autentyczną chęć mordu. Jak u rasowego śmierciożercy, przemknęło mu przez myśl. I przypomniał sobie, co jeszcze dostrzegł kątem oka – triumfujące miny obojga poszkodowanych Delaneyów. Skrzywił się. Najchętniej oszołomiłby całą trójkę tego irlandzkiego tałatajstwa i torturował każde po kolei, oczywiście na oczach pozostałych. Tymczasem od dobrych kilku minut jego największym osiągnięciem było utrzymanie się opartym na przedramionach przez kilkanaście sekund. Oczywiście wszystkie próby podciągnięcia się po barierce spełzły na niczym. Co tylko podsycało jego wściekłość do siebie.
Nagle zamarł i wytężył słuch. Z dolnego korytarza dobiegły go dźwięki kroków i zmieszanych ze sobą rozmów. Zorientował się, że najprawdopodobniej spora grupka Krukonów wraca właśnie z kolacji, co oznaczało, że lada chwila któryś zainteresuje się hałasem z góry. Zresztą sądząc po paru podniesionych głosach, już się zainteresowali. Przekręcił się i szarpnął za pelerynę Severusa, który akurat znajdował się obok.
– Zaraz się zrobi tłoczno – wymamrotał. Snape jednak zrozumiał.
Lestrange wydobył z wewnętrznej kieszeni małą, ciemną kulkę. Wykręcił rękę i cisnął nią w głąb korytarza. Nad jego głową błysnął jaskrawy promień wyczarowany przez siódmoklasistę, po czym zapadła całkowita ciemność. Poczuł, jak ktoś bez zbędnej delikatności podciągnął go za ramię, jak podtrzymywanego z obu stron zaczęli ściągać po schodach. Całą siłą woli starał się utrzymać na nogach, przez co o mało nie spadł ze stopnia. Słyszał z dołu podniecone piski najmłodszych Krukonek, z góry nawoływania członków Zakonu. Wiedział, że znają wszystkie tajne przejścia, ale byli w o tyle gorszej sytuacji, że musieli przetransportować większą ilość pokonanych słabeuszy.

Snape nie był w ciemię bity, zdążył też w swojej szkolnej karierze zetknąć się ze sposobami działania Huncwotów. Podpatrzonymi nie wiadomo gdzie i kiedy korytarzami po paru minutach wyprowadził ich na trzecie piętro, gdzie spotkali się z resztą grupy. Beznamiętnie obrzucił spojrzeniem Avery’ego z przyschniętą krwią na ustach i szczęce, potarganego Evana z podrapanymi rękami i twarzą i wiszącego pomiędzy nimi Martina o nieprzytomnym spojrzeniu, potykającego się o własne nogi na prostym korytarzu. Wyglądało to co najmniej groteskowo, ale nie było do śmiechu tym, którzy go prowadzili.
– Confundus? – zapytał lekko podejrzliwie, skinąwszy na Wilkesa.
– Żeby chociaż – burknął Avery. – Potrójny Confundus. Zgadnij – skrzywił się. – Delaneyowie. I Dearborn na dokładkę. No wiesz, kumpel prefekta.
Sev, Regulus i Rabastan jednocześnie spojrzeli na sufit.
– Możemy się tu zatrzymać na chwilę? – Black usiadł w wykuszu i pociągnął za sobą przyjaciela, co ten przyjął z ulgą.
– Popieram… – Sądząc po entuzjazmie słyszalnym w głosie Evana, potrójny Confundus musiał być równie męczącym przypadkiem, co Lestrange.
– Co tam u was? – zainteresował się Snape. Sam wyglądał najlepiej, był tylko trochę potargany i prawie nieporaniony.
Rabastan nadstawił ucha, ale przez cały czas patrzył na Regulusa, który od początku postoju zdawał się zupełnie nie zawracać sobie głowy tym, co się dzieje, a teraz siedział plecami do nich wszystkich. Powstrzymał przez chwilę chęć zagadnięcia go i zajrzał mu przez ramię. Black manipulował coś przy swojej podciągniętej nodze, co wyglądało, jakby zakładał prowizoryczny opatrunek.
– Co ci się stało? – spytał. Cóż, część akcji mu umknęła.
– Spadłem spod sufitu i skręciłem nogę – mruknął Reg, nie odwróciwszy głowy. – Przynajmniej w tamtej części zamku to tylko niecałe dziesięć stóp. Dlatego się zatrzymałem, bo bez usztywnienia już mi było trochę ciężko cię dźwigać.
Odwinął kawałek wyczarowanego bandaża i okręcił go ciaśniej wokół kostki, po czym wyprostował się i oparł plecami o szybę. Teraz Lestrange dostrzegł również wyraźnie szerokie rozcięcie w poprzek jego nosa i połowy twarzy. Twardziel, pomyślał nie bez uznania i lekkiej zazdrości. Cóż, pocieszył się, przynajmniej nie jestem taką babą jak Martin.
Sev oglądał mocno opuchniętą rękę Avery’ego.
– Na takich rzeczach nie znam się za dobrze – przyznał po chwili. – Wolę ci tego nie ruszać, bez Szpitalnego chyba się nie obejdziesz… – Przekrzywił lekko głowę – Ale najpierw dla świętego spokoju mógłbyś się umyć.
Avery dotknął zdrową ręką zakrwawionej szczęki.
– Pięknie musiałem wyrżnąć – burknął. – Ale z tego co widzę, to nie tylko ja – Skinął na czarnowłosych szóstoklasistów.
Rabastan zamrugał i spróbował przejrzeć się w szybie, ale kark odmówił mu posłuszeństwa.
– Może najpierw wrócimy do siebie i tam zdecydujemy? – syknął. – I tak potrzebuję wsadzić łeb pod zimną wodę…
Regulus i Evan bez słowa się podnieśli.
– A z nim coś zrobisz? – zapytał Rosier ze zbolałą miną.
Snape spojrzał na kompletnie skonfundowanego Wilkesa.
Finite – mruknął, celując w niego różdżką. Spojrzenie blondyna stało się nieco bardziej przytomne. Siódmoklasista skrzywił się lekko z niesmakiem.
– Do rana powinno mu przejść – zawyrokował. Odwrócił się i napotkał wymowne spojrzenie Lestrange’a.
– Do Szpitalnego pewnie nie chcesz – raczej stwierdził niż spytał. – Sęk w tym, że nie wiem, czym oberwałeś, bo jeszcze czegoś takiego nie widziałem, a ten skubany prefekt nigdy nie używa werbalnych. Ale… – Przez chwilę przyglądał mu się uważnie – O ile mnie doświadczenie nie myli, to na jutrzejszą kolację powinieneś być w stanie dotrzeć bez pomocy.
Cóż, zawsze to jakieś pocieszenie, pomyślał zrezygnowany Rabastan. Chwilę później bez słowa zawisnął na ramionach kolegów. Jakie jutro są lekcje… Żadne, jutro jest sobota. Więcej, jutro jest Hogsmeade. Sympatycznie. Może sobie poczyta.
Po dotarciu w milczeniu do sypialni od razu pociągnął Regulusa do łazienki. Oparł się ciężko o umywalkę, cały czas uwieszony ramienia Blacka. Spojrzał w lustro i westchnął cicho; Snape miał rację. Musiał przy upadku uderzyć twarzą o kamienną podłogę i nawet o tym nie wiedział. Odgarnął włosy przyklejone do rozciętej skroni i policzka, po czym odkręcił do końca kran z zimną wodą i z ulgą wsadził głowę pod strumień. Zmył ręką krew i podniósł się, nie przejmując się chłodnymi kroplami spływającymi mu prosto pod szatę. Tak było dużo lepiej, teraz pulsujący ból łatwiej dało się wytrzymać. Przywołał w myślach wspomnienie rozjuszonego Reevesa i spojrzał w lustro. Uśmiechnął się pod nosem na ten widok. On nie potrzebował tracić rodziny, by atakować z zimną krwią i takim wyrachowaniem, a w jego wzroku nie było ani odrobiny maniakalnego szaleństwa. No, może trochę. Ale w pełni kontrolowanego. Być może to przychodzi razem z Mrocznym Znakiem. Zresztą nieważne. W każdym razie podobało mu się to.
Regulus z uznaniem patrzył w odbicie oczu przyjaciela. Znał to spojrzenie, tyle razy widział je u Bellatriks. Charakterystyczny, groźny błysk, którego nie zetrze nawet gorycz najgorszej porażki. Wiedział, że wszyscy śmierciożercy tak mają.
Lestrange nie mógł widzieć, jak pod ramieniem triumfującego Reevesa wypalił w niego Imperiusem. Jak prefekt posłusznie sam siebie zdjął ze sceny, by razem z Fenwickiem i Prewettem wrócić do żywych za kilka dni. Za Rabastana, dla własnej satysfakcji i zwyczajnie na złość.
Patrząc w lustro uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.

Nera
dodano 12.08.2009 o 21:19
komentarzy 3, Pisz

Tak już było
Rozdziałami
I | II | III | IV | V | VI | VII | VIII
Miesiącami
2009 VIII 2008 VIII VII VI