Menu
Historia
Strona Główna || ~ Odautorski monolog ~ || Jeśli lubisz
Goście
7643 || 5 skrobnęło parę słów
Sznurki
dark-side-of-life.blog4u.pl the-job-or-the-mission.blog4u.pl lost-time-of-hogwarts.blog4u.pl the-lost-chapters-of-marauders.blog4u.pl parodia-hp.blog4u.pl statek.blog4u.pl hogwart-na-opak.blog4u.pl
Info
W Firefoksie szablon wygląda jak trzeba. Niestety nie jestem na tyle mądra, żeby dostosować go do Explodera, który z sobie tylko znanych przyczyn ucina dół. Opery, Chrome'a ani innych nie sprawdzałam.
Wykonano li i wyłącznie na potrzeby tego bloga. Grafika częściowo pochodzi stąd, stąd, stąd i stąd, w pozostałej części wykonana i poskładana w Photoshopie. Prawa zastrzegają sobie Blog4u i ja.
Pytania?
VII ~ Tato...
Pchnął nieznacznie uchylone, podwójne drzwi i przekroczył próg Wielkiej Sali. Wiele osób odwróciło się na chwilę w jego stronę, nie poświęciło mu jednak szczególnej uwagi. Ot, wchodzi sobie Ślizgon w połowie śniadania. Ślizgon, który wygląda jak upiór, dopowiedział w myślach. Szedł przygarbiony, włosy miał trochę zmierzwione, oczy podkrążone, był głodny i niewyspany, a oprócz tego bardzo zmęczony psychicznie, ale i dumny, wyróżniony. Dowlókł się do końca długiego stołu, usiadł na swoim stałym miejscu obok Regulusa i zepchnął niestarannie złożoną gazetę ze swojego talerza. Przez chwilę wpatrywał się tępo w miskę jajecznicy, dopóki ktoś nie pomachał mu dłonią przed oczami. Wyprostował się i odwrócił w stronę Blacka.– Ej, co ci j… – Reg spojrzał przyjacielowi w oczy i zmarszczył brwi. – Rabastan? Co się stało?
– Później, dobra? – odparł cicho. Spuścił głowę i machinalnie zaczął smarować masłem kromkę chleba. Kątem oka widział, jak tamci patrzą dziwnie na niego, pokazują sobie coś w „Proroku”. Położył na kanapce plasterek szynki, wpakował ją do ust niemal w całości i oparł ręce o uda.
Nigdy się tak nie zachowywał, więc wiedział, że możliwe tego przyczyny były ograniczone. Swoje przypuszczenia zdążył już wysnuć, ale… Wtedy dostrzegł, że Lestrange znowu wpatruje się w talerz i… skubie palcami pod stołem lewy rękaw… Rabastan dostrzegł jego spojrzenie i uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust, po czym jakby nigdy nic zabrał się za resztę swojego byle jakiego śniadania. Niemożliwe, pomyślał. Miał pewność, że się nie myli, ale to wcale nie sprawiało, że łatwiej mu było przyjąć to do wiadomości. Przygryzł wargę i pokiwał lekko głową. Musiał przyznać sam przed sobą, że poczuł przed nim respekt. Sam nie był znacznie gorszy, inaczej Bellatriks nie wierzyłaby w niego tak bardzo. Ale to Lestrange wyszedł bez szwanku z najazdu w Liverpoolu, to on jako pierwszy z nich wszystkich zebrał na swoje konto komplet Zaklęć Niewybaczalnych, podczas gdy on sam wciąż czuł jakieś wewnętrzne opory, nawet swojego Cruciatusa w Edynburgu nieco się lękał. Dlaczego? Nie wiedział… Niejeden raz widział efekty użycia klątwy, ale czym innym było patrzenie na człowieka, który krzyczy z bólu i wije się na ziemi z twojego powodu… W takim razie czym musiał być widok kogoś, kto swój ostatni dech wypuszcza z piersi, patrząc na koniec twojej różdżki, pada na ziemię trafiony zielonym promieniem, który to ty posłałeś… Choć bardzo chciał dowiedzieć się wszystkiego, nie miał jednak zamiaru pytać Rabastana o to uczucie, a i gdzieś podświadomie był pewien, że prędzej czy później to on znajdzie się w takiej sytuacji…
Poczekali na niego. Kiedy już się najadł i wstał od stołu, ruszyli bez słowa za nim. Westchnął cicho. Wiedział, że tego nie uniknie, więc dał się zaprowadzić do dormitorium, gdzie mieli trochę prywatności i nie musieli się martwić o różnych „uczynnych”, którzy o czymś takim bardzo chętnie poinformowaliby każdego napotkanego nauczyciela. Zanim pozwolił sobie na jakiekolwiek zwierzenia, upewnił się dwa razy, czy rzucone na drzwi zaklęcie wyciszające działa, jak powinno. Usiadł na swoim łóżku i z ulgą oparł się o wezgłowie. Nie oponował, kiedy Regulus bez słowa złapał go za lewy nadgarstek i odsunął rękaw. Nie powstrzymał również szerokiego uśmiechu na widok ich min.
– Ja cię kręcę… – wyrwało się Martinowi, a w jego głosie słychać było zarówno podziw, jak i nutkę zazdrości.
– Jak to było? – zapytał Black cicho, prawie szeptem.
Nie miał zbytniej ochoty o tym mówić, jednak wiedział zbyt dobrze, że nigdy im tego nie wytłumaczy. Westchnął po raz kolejny.
– Ale tylko raz o tym powiem, dobra?
– W porządku, ale zacznij już, bo całe śniadanie czekaliśmy – odparł Evan wymownie.
– Niech wam będzie… – Chłopak poprawił się w miejscu i odwinął rękaw. – Właściwie to było coś takiego, że… No nie pamiętam już wszystkiego… – Odetchnął głęboko. – To był taki duży, rozwalający się dom na jakimś przycmentarnym irlandzkim zadupiu. Sam nie wiem, kto to był, jakiś zakładnik, Rud mi chyba mówił, ale mi umknęło… Ale…
Urwał. Teraz, te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Przełknął ślinę i rozchylił lekko usta, wciąż się wahając spojrzał nieznacznie na Regulusa. To wystarczyło.
– Avada Kedavra – Black bardziej stwierdził niż zapytał, teraz już bardzo cicho.
Lestrange nie bardzo wiedział, co teraz powiedzieć, jak się zachować. Zerknął w bok, znowu zaczął bezwiednie skubać rękaw. W końcu skinął tylko lekko głową.
– Ty… – szepnął Wilkes – poważnie?
– Chyba inaczej bym tego nie miał – wymamrotał śmierciożerca. Wyciągnął lewą rękę przed siebie i z namaszczeniem zaczął przesuwać wzrokiem po ciemnym kształcie czaszki i oplatającego ją węża. Tak niewiele musiał zrobić, a tak wiele to dla niego znaczyło… Ot, jedno zaklęcie. W sumie mógł się trochę zabawić… Tak jak wtedy, kiedy w odruchu zemsty rzucił Cruciatusem w Sturgisa, kiedy nakazał zaczarowanemu Fabianowi oszołomić Dawlisha… Ale jednak nie, nerwów wystarczyło mu tylko na jedną klątwę. Tym lepiej dla tamtego, który miał to szczęście w nieszczęściu, że trafił na niepełnoletniego, początkującego szczeniaka, a nie na przykład na Bellatriks…
– A ten facet… – zaczął z lekkim wahaniem Evan – nie był może takim siwiejącym blondynem?
Rabastan gwałtownie podniósł na niego wzrok.
– Skąd wiesz? – zapytał podejrzliwie.
– Jest coś takiego jak „Prorok Codzienny” z dnia trzynastego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku – odparł blondyn. – Pisali o tym. Niewiele, ale i tak. A wiesz, z czego ludzie mieli przy śniadaniu największą jazdę?
– A skąd mogę wiedzieć? – burknął Lestrange rozdrażnionym tonem.
Rosier nachylił się do niego. Nie spodobał mu się dziwny wyraz brązowych oczu kolegi.
– Gdzieś w połowie sierpnia „Prorok” narobił szumu, że porwano jakiegoś tam ważnego pracownika Ministerstwa. Nazywał się Jeff Reeves.
Rabastan zmarszczył brwi, a na jego twarzy odmalowało się niedowierzanie.
– Tak, ojciec najsympatyczniejszego prefekta w Hogwarcie – ciągnął Evan. – To jego załatwiłeś.
– No proszę… – Martin gwizdnął cicho.
– No co?
– Mój tata współpracował swego czasu ze starym Reevesem. – Wilkes założył ramiona na piersi i oparł się obok Lestrange’a. – Mówił co nieco. Między innymi to, że prawie dziesięć lat temu stracił żonę i młodszego syna w pożarze. – Chłopak zacmokał i pokręcił głową ze złośliwą miną. – Oj, biedny ten nasz Steve…
– Skoro tak, to przynajmniej straci trochę animuszu, prefekcik jeden – odparł beznamiętnie Rabastan. – Napisałbym do domu… Reg, pożyczysz mi sowę?
– Po co? Przecież masz swoją – stwierdził Black z lekką kpiną w głosie.
– Jasne, oczywiście – burknął Lestrange z przekąsem. – Prędzej Delaney spoważnieje, niż ten wariat dostarczy bezpiecznie poufną pocztę…
Chmara identycznych sów jak zwykle rozpierzchła się, roznosząc po Wielkiej Sali egzemplarze „Proroka”. Zblazowany, rozczochrany blondyn jednym ruchem odebrał sówce zwiniętą w rulon gazetę i sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów, by wyciągnąć parę knutów, które wcisnął w sakiewkę, przywiązaną do nóżki ptaka. Poprawił z grubsza zsuwającą mu się z ramienia szatę, narzuconą niedbale na czarny golf i sprane dżinsy, po czym rozwinął dziennik.
Zdjęcie starego, straszącego samym swym wyglądem domu nie wywarło na nim większego wrażenia, podobnie jak wiszący nad nim Mroczny Znak. Ot, kolejne morderstwo. Do tego, co staje się codziennością, nietrudno przywyknąć.
Gdyby teraz wiedział, co ujrzy na następnej stronie, nigdy by jej nie przewrócił. Pierwszym, co przykuło jego wzrok, była pogodna twarz jasnowłosego mężczyzny, uśmiechająca się lekko do niego z zadrukowanego papieru, a jego oczy miały ten sam wesoły, życzliwy wyraz, co zawsze. Poczuł, jak serce uderza mu coraz mocniej, nie chciał czytać tych dwóch kolumn małych, czarnych liter, zimno i beznamiętnie przekazujących całej Wielkiej Brytanii najgorszą dla niego wiadomość. Nie musiał; duży nagłówek był wystarczająco wymowny: MORDERSTWO PRACOWNIKA MINISTERSTWA. I podtytuł: JEFF REEVES, GŁOWA DEPARTAMENTU TAJEMNIC, PO DWÓCH MIESIĄCACH OD ZAGINIĘCIA ODNALEZIONY MARTWY W RODZINNYM KILKENNY.
– Tato… – szepnął załamującym się głosem. Zerwał się z miejsca, złapał gazetę i, ciesząc się z tego, że siedział przy końcu stołu Puchonów, wybiegł z Wielkiej Sali, zanim cała szkoła się zorientowała, zanim ktokolwiek dostrzegł łzy, których nie potrafił pohamować. Pokonał biegiem kilka długich korytarzy i zatrzymał się w końcu gdzieś koło klasy zaklęć na trzecim piętrze. Tu panował półmrok, nie było nikogo, kto mógłby mu teraz dogryźć. Osunął się w kąt pod ścianą, podkulił nogi i oparł podbródek o pierś. Tato patrzył na niego z czarno-białego zdjęcia, ze swoim zwykłym, łagodnym uśmiechem, jakby próbował go pocieszyć. Drobne, okrutne litery zmoczyły łzy siedemnastoletniego chłopaka, który właśnie stracił ostatnią bliską mu osobę.
– Tato… dlaczego? – wyszeptał z bólem. – Odkąd mama i Cameron zginęli… W tym koszmarnym pożarze… Dlaczego ty też musiałeś odejść?! – zawołał ochryple i otarł oczy rękawem szaty, kiedy jego słowa poniosły się echem po pustym, chłodnym korytarzu.
Nie wiedział, jak długo siedział tam i przełykał bezsilne, gorzkie łzy. Musiało jednak minąć trochę czasu, skoro w korytarzu pojawili się Puchoni i Krukoni z szóstego roku, którzy mieli tu teraz zajęcia. Mijali go bez słowa, obdarzając jedynie współczującym spojrzeniem. Poza tym, że teraz kompletnie go to nie obchodziło, był im w głębi duszy wdzięczny za to, że nie nabijali się z niego, nie próbowali odegrać za liczne pyskówki, na jakie sobie pozwalał, za to, że generalnie nie zaliczał się do najsympatyczniejszych i najbardziej taktownych ludzi, jacy przewinęli się przez Hogwart.
Ktoś kucnął przy nim. Nie musiał nawet podnosić głowy, tylko jedna osoba z tego towarzystwa mogła się na to odważyć.
– Daj mi spokój, Delaney – wymamrotał. Nawet z nim nie miał ochoty się kłócić.
– Ej… A gdybyś wiedział, kto to, to co byś mu zrobił? – zapytał niespodziewanie Josh.
– Lepiej nie pytaj, bo się przestraszysz – odburknął Steve i zastanowił się przez chwilę. Wątpił, żeby jego ojciec był na tyle ważny, żeby sam Voldemort… Ale nawet gdyby… Przecież chce zostać aurorem, walczyć z nimi. Pomścić ojca…
– A teraz to gdzie? – bąknął Delaney, kiedy prefekt zerwał się na równe nogi.
Reeves odwrócił się w jego stronę. Josh zamrugał, zdziwiony; siódmoklasista bardzo często chodził poirytowany, ale to, co widać było teraz w jasnoszarych, niemal fiołkowych oczach, można było spokojnie nazwać szaleństwem.
– Możemy o tym pogadać, gdyby się tak złożyło, że straciłbyś ostatnią bliską osobę – szepnął takim głosem, że szóstoklasista poczuł dreszcz na plecach. – Ale nawet tobie tego nie życzę…
Szybkim krokiem przemierzył korytarz, pod klasę transmutacji dotarł już biegiem. Do lekcji zostało jeszcze ponad pięć minut, a profesorka zawsze pojawiała się punktualnie. Jednym ruchem ręki starł z twarzy resztki łez i położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Ej, Caradoc…
– Steve! – Czarnowłosy chłopak odwrócił się gwałtownie. – Stary… Jak się czujesz?…
– Nieważne – wymamrotał blondyn. Zdecydowanie nie był w najlepszym stanie, o czym świadczyły choćby zmierzwione jeszcze bardziej niż zwykle włosy i czerwone plamy na twarzy, ale chciał uniknąć tego tematu, by znowu się nie rozkleić. – Caradoc, powiedz coś McGonagall, nie wiem, wymyśl coś, żeby się nie czepiała…
– Steven, ty chyba nie chcesz zerwać z lekcji? – Dearborn spojrzał z zatroskaniem na przyjaciela. – Przecież jesteś prefektem…
– Mam to głęboko gdzieś! – niemal wykrzyczał Reeves. – Mój ojciec został zamordowany przez śmierciożerców! Nie zamierzam grzecznie wysiadywać na lekcjach i czytać w „Proroku”, jak giną ci wszyscy! Będę w Pokoju Życzeń – dodał ciszej. – Chcę potrenować.
I uciekł, zanim nadeszła nauczycielka transmutacji, zanim zaskoczony desperacją kolegi Caradoc zdążył odpowiedzieć. Biegł, nie podnosząc głowy, drogę znał na pamięć. Cieszył się, że przydługie włosy tak dobrze zasłaniały jego twarz przed ciekawskimi spojrzeniami tych, którzy nic nie rozumieli, którzy sądzili, że zwykłe, puste „tak mi przykro” rozwiązuje sprawę. Niemal bez tchu wpadł na siódme piętro, odnalazł ich tajne przejście i wybiegł spod gobelinu Barnabasza Bzika. Odruchowo rozejrzał się na boki, by sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi, przeszedł trzy razy wzdłuż ściany i wpadł do ich pokoju treningowego, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wzburzony i rozkojarzony, dopiero po chwili przypomniał sobie, gdzie trzymano „Śmierciojadka” – figurę, na której ćwiczyli niebezpieczne zaklęcia, nazwaną tak dla żartu przez Dedalusa. Używanie bogina w ich sytuacji odpadało, a Śmierciojadka zaczarowano tak, by nie eksplodował nawet po oberwaniu mocnym urokiem. Podbiegł do dużej szafy w rogu i jednym szarpnięciem wywlókł z niej kukłę, nie bacząc na rzeczy wypadające na posadzkę. Postawił ją na środku pomieszczenia i cofnął się pod ścianę, wyciągnął różdżkę. Ręka mu się trzęsła, w głowie mu huczało; zmrużył oczy, a wtedy poczuł na policzku kolejną gorącą łzę.
– Tato… – szepnął zdławionym głosem. – CRUCIO!
Oddychając nierówno i zaciskając zęby, widział niemal w zwolnionym tempie, jak promień światła dosięga torsu figury, jak robi parę obrotów w powietrzu i upada kilka stóp dalej. Z początku spłoszony oparł się plecami o mur za sobą, po chwili zacisnął dłonie tak mocno, że aż zbielały mu palce. Niech no tylko cię dorwę, ty draniu, morderco… Spuścił głowę i usiadł, przepełniony wściekłością, żalem i bezradnością, on, kolejna, nic nie znacząca ofiara tej bezsensownej wojny, nie pierwszy i nie ostatni stracił najdroższą mu osobę… Nie mógł już nic zrobić, by odzyskać ojca, nie dane mu było nawet się pożegnać, z tym większą pasją pragnął zemsty i na powrót czuł się bezsilnym dzieciakiem z siódmej klasy, głupim, porywczym Puchonem, jednym z tak wielu, którym odebrano rodzinę… I znowu nie potrafił powstrzymać łez…
Aż podskoczył, gdy usłyszał ostrożne pukanie do drzwi, które powoli otworzyły się, a do środka weszła niewysoka blondynka z dużymi, niebieskimi kółkami w uszach i niedbale zawiązanym krawatem w barwach Gryffindoru.
– Co ty tu robisz? – wymamrotał, nie podnosząc głowy. – Powinnaś być na lekcjach.
– Zaczynam dzisiaj później – odparła Colleen.
– Zapomniałem.
– Steve… – Dziewczyna usiadła obok niego i złapała go za rękę. – Caradoc powiedział mi, że tu jesteś. Czegoś ty próbował? – zapytała podejrzliwie, zerkając na kukłę.
– Niech no ja tylko się dowiem, który to… – Rozgoryczony i pełen frustracji głos prefekta sprawił, że aż zadrżała. – Niech mnie nawet zamkną w Azkabanie, to przy pierwszej okazji skoczę do morza i będę miał święty spokój! Ale przedtem dorwę drania nawet na końcu świata i zafunduję mu takiego Cruciatusa, że będzie mnie błagał o litość!
Delaney bez słowa przyciągnęła go do siebie, gdy urwał i znowu zaniósł się szlochem.
Nera
dodano 26.08.2008 o 19:40
Powrót, Pisz
Hej plese przestań pisać te opowiadania i skoń tamte na poprztdnim blogu były naprawdę o wiele ciekawsze plese plese plese!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
olcia
dodano 2.07.2009 o 18:37
| brak www
dodano 2.07.2009 o 18:37
| brak www
Świetne opowiadanie. Już kilka miesięcy czekam na kolejny rozdział i doczekać się nie mogę ;) Ahh mam nadzieję, że nie zapomniałaś o tym blogu. Pozdrawiam [ta-kimmy]
Kimm
dodano 30.04.2009 o 22:52
| brak www
dodano 30.04.2009 o 22:52
| brak www
Z ciebie jest okrutny, koszmarny, paskudny człowiek. Jak możesz tak postępować, co? Odbierasz człowiekowi wszystko, co ma i cieszysz, normalnie tylko ja jestem gorsza! (tak, noszę tego ślady na twarzy) [zamknij się DJ, bo mnie wnerwiasz] Ej, kto wam pozwolił otwierać aparaty gębowe? A pojedynek w poprzednim rozdziale jest zajebisty! Tylko mi się słuchawki zepsuły i Mirion musiał zaśpiewać solo... chyba nie dało to oczekiwanego rtezultatu...
Vampire
dodano 2.09.2008 o 19:41
| brak www
dodano 2.09.2008 o 19:41
| brak www
No więc przeczytałam, i bardzo mi się podoba ten rozdział. I szczerze ci powiem, że w jednym momencie mi łza spłynęła ;( Mówię serio!
Naprawdę jest świetnie
Pzdr :)
Naprawdę jest świetnie
Pzdr :)
AJulia
dodano 27.08.2008 o 13:44
| brak www
dodano 27.08.2008 o 13:44
| brak www
1. O matko, o matko, o matko! W poprzednim opowiadaniu lubiłam Steve'a, ale teraz... Teraz, to ja go normalnie uwielbiam! Fragment jest świetny i tak się współczuje biednemu prefektowi, że normalnie sama bym chwyciła za różdżkę i użyła Cruciatusa, gdyby...
2. No właśnie, gdyby. Gdyby nie to, że młodzi Ślizgoni są tak ludzko przedstawieni. Rabastan zachowuje się bardzo, hm, normalnie. Zawsze mnie dziwiły wizje młodych śmierciożerców bez uczuć, serca i emocji, za to z patologiczną chęcią mordu i sprawiania cierpienia... Co to, Slytherin kliniką psychiatryczną ze zwiększonym nadzorem?
3. Aha! "Prorok" z 13 października! Czyli Rabastan prawdopodobnie został śmierciożercą 12 października?! W moje urdziny! (cóż, oczywiście, gdybym żyła już w '77 )
4. Dzięki za pochwały u nas na stronie, aż się rozpłynęłam Tak właśnie myślałam, że pojawienie się Regulusa Ci się spodoba Potraktuj to jak najbardziej jako dedykację... od Losu
P.S. Za chwilkę będę dodawać rozdział u mnie, więc tak od razu mówię.
Pozdrawiam gorąco :*
2. No właśnie, gdyby. Gdyby nie to, że młodzi Ślizgoni są tak ludzko przedstawieni. Rabastan zachowuje się bardzo, hm, normalnie. Zawsze mnie dziwiły wizje młodych śmierciożerców bez uczuć, serca i emocji, za to z patologiczną chęcią mordu i sprawiania cierpienia... Co to, Slytherin kliniką psychiatryczną ze zwiększonym nadzorem?
3. Aha! "Prorok" z 13 października! Czyli Rabastan prawdopodobnie został śmierciożercą 12 października?! W moje urdziny! (cóż, oczywiście, gdybym żyła już w '77 )
4. Dzięki za pochwały u nas na stronie, aż się rozpłynęłam Tak właśnie myślałam, że pojawienie się Regulusa Ci się spodoba Potraktuj to jak najbardziej jako dedykację... od Losu
P.S. Za chwilkę będę dodawać rozdział u mnie, więc tak od razu mówię.
Pozdrawiam gorąco :*
Am
dodano 27.08.2008 o 12:59
| brak www
dodano 27.08.2008 o 12:59
| brak www
Tak... Sama wiem jak to mogłoby wyglądać, pamiętam własną Dorcas, która straciła ojca, a w sekrecie powiem ci, że ona już szykuje się do czegoś mocnego...
Powiem ci, że miałam ochotę trzasnąć porządnie w twarz R.L., a potem obudziły się we mnie mordercze instynkty i pomyślałam sobie, że cudownie byłoby patrzeć na niego jak wije się w boleściach u moich stóp... *roztacza się w jej duszy to, co poczuje Vicky, kiedy tylko... Wiesz sama* - wiem, jestem niedobra, ale właśnie to bym zrobiła, gdybym go dorwała. A potem zapewne padłabym na grób ojca i płakała, płakała, płakała i tak jeszcze długo, długo. Dlatego powiem ci, że dziś solidaryzuję się z S.R. teraz jestem nim. I mnie ogarnia ta przerażająca, wściekła furia i chęć mordowania.
(P.S. - R. L. Świetnie opisany - dumy, ale przerażony i nieswój. To było bardzo dobre!)
Powiem ci, że miałam ochotę trzasnąć porządnie w twarz R.L., a potem obudziły się we mnie mordercze instynkty i pomyślałam sobie, że cudownie byłoby patrzeć na niego jak wije się w boleściach u moich stóp... *roztacza się w jej duszy to, co poczuje Vicky, kiedy tylko... Wiesz sama* - wiem, jestem niedobra, ale właśnie to bym zrobiła, gdybym go dorwała. A potem zapewne padłabym na grób ojca i płakała, płakała, płakała i tak jeszcze długo, długo. Dlatego powiem ci, że dziś solidaryzuję się z S.R. teraz jestem nim. I mnie ogarnia ta przerażająca, wściekła furia i chęć mordowania.
(P.S. - R. L. Świetnie opisany - dumy, ale przerażony i nieswój. To było bardzo dobre!)
Vicky
dodano 26.08.2008 o 21:58
| brak www
dodano 26.08.2008 o 21:58
| brak www
